[opowiadanie] Nad Via Augusta

  • Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy moje stopy stanęły w tarrakońskiej Valentii. Urok tego miasta zachwycił mnie od razu. Przyglądając się okolicy z zadowoleniem stwierdziłam, że mój wybór był słuszny. To miejsce jest wymarzone do życia. Otworzył się przede mną kolejny rozdział. Pojawiły się też wątpliwości. Czy sobie poradzę tak z dala od domu, przyjaciół? Rzecz w sumie dość naturalna. Myślami wróciłam do rodzinnego domu na Krecie, zabaw z kuzynami, chwil spędzonych z rodziną, opowieści ojca. Jak bumerang wróciły wspomnienia te przykre i smutne, wspomnienia które zadecydowały, że dalszą część życia mam spędzić tu, w Valentii. Wspomnienia, które przez wiele czasu starałam się wyrzucić z mej głowy. Jak widać nadaremnie. Nie! Tak być dalej nie mogło. Nie po to przebyłam te tysiące mil, żeby teraz co robić? Tęsknic i się poddać? To nie byłoby do mnie wcale podobne. Musiałam zamknąć tamten etap, oddzielić go gruba kreską. Nadeszły nowe czasy i tylko to powinno... i tylko to ma teraz znaczenie. Dość przeszłości! Jest teraźniejszość, a za nią przyszłość. Która chociaż raz będzie zależeć już tylko ode mnie. Musiałam szybko zająć się innymi rzeczami, by skierować myśli na zupełnie nowe tory. Najlepszą rzeczą do tego celu było zapoznanie się z nowym domem położonym niedaleko miasta. Zerknęłam ponownie na mapę, po czym dawszy służbie znać podążyłam w wybranym kierunku.


    Piasek nie zdążył przesypać się w klepsydrze, gdy moim oczom ukazała się całkiem spora posiadłość. A właściwie willa. Która pomimo położenia w sąsiedztwie Mare Internum była rusticą. Od frontu prezentowała się wspaniale. Ogród, który otaczał dom był nieco zaniedbany, jednakże wciąż widać było, że kiedyś musiał wyglądać przepięknie i być dumą gospodarza. Oglądanie wnętrza domu zostawiałam sobie na później. W ramach odpoczynku zdecydowałam pójść na pobliską plażę, by podziwiać zachód słońca... Służba w tym czasie miała rozpakować moje bagaże.


    Lubiłam takie widoki. Zwłaszcza moment, gdy złocisty-czerwony rydwan Sola skrywał się za horyzontem. Dla wielu było to zupełnie niezrozumiałe. Dla nich dzień dobiegał końca. Nie rozumieli mnie i jak mogę dostrzegać coś tak urokliwego. Ta odmienność z biegiem czasu coraz bardziej dawała mi się we znaki. Kolejny powód do zmiany otoczenia.


    Na obecne otoczenie nie mogłam już narzekać. Posiadłość połączana była z dużym obszarem ziemi, który także na mocy umowy należał do mnie. Już w myślach planowałam jej zagospodarowanie... To jednak w przyszłości. Teraz trzeba doprowadzić dom do ładu - brak gospodarza zaczął dawać o sobie znać. Podobnie jak i w przylegającym do budynku ogrodzie. Tu też roślinność od dawna nie widziała ręki człowieka. Zdziczałe krzewy, poprzerastane drzewa, mnóstwo chwastów. Układ roślin pozwalał przypuszczać, że kiedyś było to przepiękne miejsce, jednak aby nim stało się ponownie potrzeba było dużo czasu. Ale to też nie teraz. Setki tysięcy myśli krąży mi po głowie. Do tego jeszcze cała ta podroż. Nie. Spokojnie. Dam sobie na dziś z planami spokój. Jutro tez jest dzień. A dziś?
    - Pani, posiłek gotowy - głos niewolnicy skutecznie wyrwał mnie ze sfery rozmyślań.
    W zasadzie, to wcale nie był zły pomysł. Byłam tak zajęta oglądaniem nowego domu, że całkowicie zapomniałam o głodzie, który doskwierał mi od momentu opuszczenia pokładu statku, a teraz ponownie dał o sobie znać.
    - Już idę - odrzekłam, kierując kroki w stronę wejścia do willi.
    Po długiej podróży statkiem, dobrze wreszcie było zjeść coś porządniejszego. Nic więc dziwnego, że senność dość szybko mnie ogarnęła nie pozwalając do końca obejrzeć mojej nowej własności. Przechodząc do sypialni zauważyłam, że wiele rzeczy wymaga poprawek i odświeżenia. Wedle zapewnień handlarza willa miała być w idealnym stanie. A do tego sporo jej brakowało.


    Poranek. Obudził mnie śpiew ptaków. Był głośny. Może za głośny, albo po prostu od tego odwykłam. W końcu sporo nocy spędziliśmy na statku, gdzie gwar, pokrzykiwania na niewolników, którzy nie równo wiosłowali mieszał się ze wszędobylskim skrzypieniem drewnianej konstrukcji, huku rozbijających się o nasz statek fal czy przesuwaniem się źle umocowanego pod pokładem ładunku, od którego oddzielała mnie tylko zasłona ze skór mająca zapewnić odrobinę prywatności. Prywatności, za którą musiałam zapłacić nieco sestercji, a o której inni, znacznie ubożsi pasażerowie mogli tylko pomarzyć.


    Było na tyle wcześnie, że z poranną toaletą czy uczesaniem nie musiałam się zanadto spieszyć. I dobrze. Codzienne misterne układanie kosmyków włosów, które niesfornie wymykały się mojej służce, zajmowało mnóstwo czasu. Do tego potem makijaż. Dziś jednak postanowiłam tylko poprzestać na nałożeniu niewielkiej ilości kredowego pudru. Delikatne rozjaśnienie było według mnie odpowiednie. Praktycznie z obrzydzeniem wspominam rzymskie damy spacerujące po uliczkach Rzymu o twarzach białych niczym mąka - tamtejszy powód do dumy.


    Do centrum Valentii nie było daleko. Co prawda miasto tętniło życiem, ale wyraźnie czegoś tu brakowało. Sprawiało wrażenie smutnego. Nawet dla niewprawionego oka widoczne było, że czas odcisnął swoje piętno na budynkach, ulicach, obwarowaniach miejskich. Garnizon miejski także pozostawiał wiele do życzenia nie tylko od strony technicznej, ale i dyscypliny wśród żołnierzy, którzy tu i ówdzie pozwalali sobie na to i owo. Korzystali z faktu, że nikt ich nie nadzorował. Pijany dowódca spał w karczmie. Liczne burdy, grasujący wśród sklepików złodzieje. Oto obraz Valentii. Na mordę hydry. Czyżby to była sprawka jakiegoś złośliwego bóstwa? Tego nigdy nie dało się wykluczyć. Na wszelki wypadek postanowiłam zaraz po powrocie do willi złożyć ofiarę i poprosić bogów o opiekę. Podążałam dalej uliczkami miasta aż doszłam do centralnego placu. Budynki były w opłakanym stanie. Nosiły ślady ognia. Wzrok szczególnie przykuwały dwa. W jednym rozpoznałam szczątki świątyni, a drugi? Podeszłam bliżej.
    - Pewnie pani zastanawiasz się co tu było? - usłyszałam głos dobiegający zza moich placów.
    Odwróciłam się. Starszy mężczyzna zaś kontynuował - Damianus Pompeius, miejski skryba się kłania. Kiedyś była tu szkoła. Valentia miała amfiteatr, kilka świątyń, z których ostały się ruiny Ceres - mówiąc wskazał na pozostałości. - Miasto tętniło życiem, było oazą spokoju.
    - Co się stało?
    - Ubiegłej zimy zawitali do nas piraci. Złupili miasto, gdy odchodzili spalili spichlerze, magazyny i kilka innych budynków. Zostaliśmy bez żywności, ze zniszczonymi polami. Szczególne okrucieństwo było w świątyniach. Wyglądało to na wyznawców krwawej bogini Maa. Na oczach wszystkich składali ofiary z ludzi.... - podczas wypowiadania ostatniego zdania zadrżał mu głos. Nic dziwnego.
    - A prefekt?
    - Był jeszcze 3 sezony temu. Musisz pani wiedzieć, że w Tarraconensis nadal są plemiona tubylcze, które nie podporządkowały się władzy rzymskiej. Stacjonował tu co prawda legion, ale został odwołany na północną granicę Imperium. Od dawna nie mieliśmy problemów z tymi lokalnymi plemionami. Inna sprawa, że wówczas garnizon był w kompletnym składzie i coś sobą reprezentował, nie to co teraz - mówiąc wskazał na wychodzących z karczmy żołnierzy, którzy podpierając się wzajemnie mieli poważne trudności w utrzymaniu się w pozycji pionowej. - Prefekt nasz zginął w trakcie ostatniej takiej potyczki.
    - I od tamtej pory nie było nikogo godnego stanowiska prefekta miasta?
    - Było kilku kandydatów, ale Tarraconensis to specyficzna prowincja. Żyje własnym trybem. Wieści z Rzymu docierają tu z dużym opóźnieniem. O ile w ogóle docierają. Ludność tu zupełnie inna niż w innych częściach Imperium. Trzeba nauczyć się tą inność akceptować. Jeśli się tego nie zrobi - nie wytrzyma się tu długo. Prefektura stoi pusta - wskazał na budynek znajdujący się naprzeciwko zniszczonej szkoły.
    Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Może to jednak nie złośliwość, a celowość? Czyżby wolą bogów było, bym ja się nim zaopiekowała? Wszystko na to wskazywało. Niech tylko powrócę do domu, od razu wyślę posłańca do tutejszego namiestnika z podaniem o przydzielenie mi prefektury.
    Jeśli bogowie pozwolą i moje podanie na to stanowisko będzie rozpatrzone pomyślnie, to będzie to moje biuro. No, ale na to trzeba jeszcze poczekać. Tymczasem pożegnałam się ze skrybą i kontynuowałam wycieczkę po mieście.


    Po dość długim spacerze i przyglądaniu się życiu tego miasta wróciłam do domu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Od morza powiewał jeszcze delikatny wiatr. Nie czułam się zmęczona. Pora była jeszcze dość wczesna i mogłam popracować nieco przy ogrodzie. Pracy co prawda było mnóstwo, ale to dla mnie była sama przyjemność i tak na razie nie miałam nic do roboty w oczekiwaniu na odpowiedź odnośnie mojej kandydatury na prefekta.


    Na wyniki swojej pracy musiałam jeszcze sporo poczekać. Co prawda udało mi się doprowadzić do ładu kilka krzewów, przywracając im pierwotną, jak mi się zdawało, formę. Ale to było jedynie niczym kropla wody w Mare Internum. Rozmarzyłam się nad tym, jak to będzie wyglądać za jakiś czas. Poczułam głód. Trzeba było coś zjeść. Weszłam do domu. Zapach podawanego posiłku rozchodził się po całym domu. Mój kucharz nie próżnował, a trzeba wiedzieć, że posiłki przez niego przygotowywane były przepyszne. Tak też było i teraz. Nadszedł wreszcie czas na odpoczynek. Zasłużony. Myślami wróciłam do tego, co dziś widziałam, do rozmów z mieszkańcami, spostrzeżeń. Tak, to był udany dzień.

  • Deszcz, to nie koniecznie było to coś, co miało mnie zbudzić. Zwłaszcza, gdy krople wody kapały z sufitu - wiadomy znak, że naprawę dachu też należy dopisać do listy rzeczy do zrobienia. O dalszym śnie nie było mowy. Klasnęłam dwukrotnie w dłonie. W drzwiach do sypialni pojawiła się niewolnica.
    - Tak, pani?
    - Po śniadaniu wybieram się do miasta. Przygotuj wszystko.
    - Dobrze pani.


    Wycieczka do miasta okazała się owocna. Udało mi się znaleźć ludzi do naprawy dachu, trafił się też ogrodnik. Jako że w mieście przebywał handlarz niewolnikami, zakupiłam kilku do pracy na mojej posiadłości. Minęło już nieco czasu odkąd wysłałam podanie. Powoli zaczynałam się zastanawiać czy posłaniec w ogóle dotarł.


    Wtem zadudniły końskie kopyta po bruku. Spojrzałam, kto z taką prędkością może pędzić o tej porze. Wyszłam przed dom. Osadził spienionego konia mężczyzna w średnim wieku.
    - Goniec z listem do Agnes Flavii.
    - To ja - powiedziałam i podeszłam bliżej.
    Mężczyzna podał mi list i zawróciwszy konia pognał z powrotem. Nadawcą była Claudia Venedia, kwestor prowincji. Szybko rozerwałam pieczęć i przeczytałam na głos. A więc przeczucie mnie nie myliło - tak, to była odpowiedź na moje podanie o urząd prefekta Valentii i to w dodatku rozpatrzone pozytywnie. Bardzo się ucieszyłam.
    - Gratuluję - tajemniczy głos dobiegał z boku.
    Podniosłam głowę znad listu. Ujrzałam przed sobą młodzieńca. Był to Mikeus, na którego w skrócie wołałam Mike. Jego rodzice zmarli, gdy miał 10 lat. Od tamtego czasu mieszka ze mną. Mimo niespełna 14 lat, chłopiec odznaczał się niezwykłą inteligencją i zaradnością, toteż bez obaw mogłam mu powierzać wypełnianie niektórych zadań, będąc pewna, że spisze się znakomicie. Teraz, zajęta czytaniem listu, nie zauważyłam, kiedy przyjechał. Po drodze do HT rozłączyliśmy się, bo Mike miał załatwić kilka spraw, a następnie dołączyć do mnie. Prawdę mówiąc, nie przypuszczałam, że uda mu się tego tak szybko dokonać.
    - Dawno przyjechałeś?
    - Przed paroma minutami, zdążyłem zaprowadzić znużonego konia do stajni. Widziałem posłańca jak przywiózł list.
    - Nie myślałam, że uda ci się tak szybko wszystko pozałatwiać. Spodziewałam się ciebie za tydzień.
    - Ano, to prawda. Jak widać Bogowie mi sprzyjali i to za Ich sprawą tak to wszystko szybko się odbyło.
    - Posil się najpierw, boś pewnie głodny.
    - Pewnie, że tak! - powiedział Mike i wszedł do domu.
    Usiadłam na werandzie. Zaczęłam rozmyślać nad tym, co mnie czeka jako prefekta Valentii, jakim zadaniom będę musiała sprostać, jakie trudności pokonać.
    - Od kiedy? - zagadnął Mike, wchodząc na werandę i siadając obok mnie.
    - Od jutra - odpowiedziałam - Będę musiała udać się do świątyni Jowisza i podziękować mu za to oraz poprosić o Jego boską opiekę dla Valentii.
    - Ale to już chyba jutro, bo dziś już jest za późno.
    Faktycznie. Mike miał rację. Słońce już zaszło. Na werandę wkradał się już zmrok.
    - Tak, jutro... I to przed pójściem do pracy - powiedziałam podnosząc się.
    Mike uśmiechnął się tylko. Wstał także i podążył za mną do domu.


    Gdy następnego ranka wstałam, znowu padał deszcz. Na szczęście udało się naprawić dach, więc krople kapiące z sufitu już mnie nie obudziły, a jedynie szum deszczu pośród liści okolicznych drzew. Na dworze zrobiło się stosunkowo chłodno. Zima.... No nic, bez względu na pogodę trzeba było iść do pracy. Wiedziałam, że tej mi miało nie zabraknąć. Najpierw jednak musiałam udać się do Świątyni Jowisza, spełnić swój obowiązek, jak nakazywało prawo. Przedtem należało nabyć ofiarę. Na szczecie dość szybko udało mi się znaleźć niedaleko świątyni. Oczywiście za zwierze ofiarne należało odpowiednio zapłacić, ale jak wiadomo, na ofiarach oszczędzać nie było można, jeśli chciało się zyskać łaskę bogów.


    Nie minęło pół godziny, a już stałam przed budynkiem Domu Rady Miasta. Z wyglądu przypominał senat, ale był od niego dużo mniejszy. Weszłam do środka. Tuż przy wejściu zaczepił mnie mężczyzna w średnim wieku i średniego wzrostu.
    - W czym mogę pomóc pani? - zapytał
    - Nazywam się Agnes Flavia....
    - A nasz nowy prefekt. Witamy. Jestem Darius Olivius i jeśli będziesz pani coś potrzebowała, to z radością będę służyć pomocą. Proszę tutaj jest pani biuro.
    - Dziękuję ci panie.
    Powiedziawszy to weszłam do biura i zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wszystko było elegancko poukładane. Widać, że ktoś dbał o porządek pod nieobecność prefekta. Na początek przejrzałam Księgę Miasta. W niej to były zapiski o budynkach, jakie się znajdują w Valentii, o wszelakich inwestycjach i na jakiem są etapie, aż wreszcie skończywszy na zapasach żywności. Jednym słowem tu znajdowało się wszystko, co dotyczyło miasta i jego mieszkańców. Jednakże w przypadku mieszkańców spis nie był od bardzo dawna aktualizowany. Pomyślałam, że przy najbliższej sposobności będę musiała się tym zająć. Dalsze przeglądanie wniosków i raportów sprawiło, że spraw do zajęcia się było już znacznie więcej. Daty zaś wskazywały, że od bardzo dawna nikt się tym nie zajmował.


    Spróbowałam posegregować je jakoś - nie bardzo to wychodziło. Wszystkie były ważne, ciężko było oddzielić te ważniejsze od mniej ważnych. Nie wiedziałam od czego powinnam zacząć - było tego tak wiele.


    Wtem rozległo się delikatne pukanie. Chwilę później pojawiła się postać Dariusa.
    - Masz gościa pani, nalegał - powiedział.
    Dałam znak, by go wpuścił.
    - Mikeus, co cię tu sprowadza? - zapytałam ujrzawszy chłopaka.
    - Za mało masz zajęcia i nie wiesz jak je rozplanować? - odpowiedział pytaniem na pytanie rozglądając się po pomieszczeniu.
    - Ano. Trochę dużo tego. Nie tak to sobie wyobrażałam.
    - A jak? Że będziesz wygodnie sobie siedzieć i nic nie robić? - śmiejąc się zażartował Mike.
    - Przemknęło mi to przez myśl - odparłam również śmiejąc się - A tak na poważnie liczyłam że będzie tego mniej. Nie wiem od czego zacząć.
    - A co tu mamy? A tak... - kontynuował przeglądając zgromadzone pisma. Po chwili dodał - zdecydowanie zacznij od najnowszych i stopniowo upewniając się, że starsze są wciąż aktualne rozpatruj je.


    W sumie pomysł był dobry... jak każdy inny zapewne w tych okolicznościach. Zająwszy się pracą nie zauważyłam, kiedy Mikeus wyszedł. Dopiero zmierzch przypomniał mi, że należało na dziś zakończyć swoje zajęcia w Domu Rady Miasta. Wychodząc spojrzałam na pozostawione pisma - część udało mi się załatwić. Była to jednak niewiele niczym kropla wody w Mare Internum. Ciekawe ile czasu zajmie mi uporanie się z tym.

  • Praca, praca i praca. Tak można by określić czym zajmowałam się w minionych dniach. Zima się zbliżała, a tu należało zadbać o inwestycje, by mogły spokojnie ruszyć na wiosnę. Po zbiorach nie do końca obfitych, żywności było na tyle, by wystarczyło do wiosny. Dochodził jeszcze handel, co prawda ograniczony, bo przez okres zimy tylko lądowy, więc nie powinno być źle. Na szczęście zima w Hispanii była odmienna od tej w północnych częściach Germanii czy Galii. Nie mniej i tu potrafiła dać się we znaki.


    Posłaniec z korespondencją dość często podróżował pomiędzy Valentią a Tarraco, gdzie rezydowała kwestorka. Korespondencja ta przyniosła dość szybko zyski. Ostatni posłaniec przybył w towarzystwie niewielkiego oddziału kawalerzystów. Jak się okazało nie było to bez powodu. Prócz pisma przywiózł także fundusze potrzebne na założenie kilku plantacji winorośli, sadów owocowych, salin, tartaków i kamieniołomów. Wszystko to miało być własnością prowincji, jednak pod moim - jako prefekta - nadzorem. Przy okazji uzyskałam zgodę na kilka swoich prywatnych inwestycji.


    Mijały kolejne dni, zakładanie inwestycji prowincji posuwało się do przodu. Świeża dostawa niewolników doskonale zbiegła się w czasie z zapotrzebowaniem do pracy w inwestycjach prowincjonalnych. Najlepiej sytuacja wyglądała w tartakach i kamieniołomach - tu prace mogły się rozpocząć lada dzień, tym samym i wkrótce do miasta powinny trafić pierwsze towary. Salina na wytworzenie, jakże potrzebnej soli, potrzebowała więcej czasu. Zarządcy niewolników na plantacjach winorośli i z sadów owocowych obiecywali, że także wkrótce skończą.


    Młode sadzonki, czy to winorośli czy drzewek owocowych, wymagały początkowo pełnej opieki. Zatem i pracy codziennej było przy nich nie mało. Co prawda póki była zima, w podlewaniu wyręczał deszcz, jednak trzeba było pilnować, by i nadmiar wody był odprowadzany - korzenie wciąż były zbyt delikatne i tym samym za duże było ryzyko, że zgniją.


    - Może rybkę? - głos Mikeusa był dla mnie lekkim zaskoczeniem. Tak bardzo pochłonięta byłam czytaniem pisma od kuzyna Galiatusa, że nie bardzo zrozumiałam o co Mikeusowi chodzi. Spojrzałam zatem na niego pytającym wzrokiem.

    - Może rybkę? - powtórzył pytanie i widząc, że nie bardzo wiem o co mu chodzi spiesznie wyjaśnił - Albo świeżego garum? Rybacy korzystając, z ładnej pogody wypłynęli na pierwsze połowy. Poleciłem, aby dostarczono nam trochę ryb. Te solone już mi się przejadły. Ileż można je spożywać. Zwłaszcza, gdy są już świeże.


    Miał rację. Też miałam dość zimowych zapasów. Świeże garum także brzmiało smakowicie. Ten rybi sos był istnym rarytasem na stole. Podczas zimy w Valentii skazani byliśmy na monotonie jedzenia, ale dzięki inwestycjom miało się to wkrótce zmienić. Sztormy faktycznie nie nawiedzały już tak naszego wybrzeża, Morze było spokojniejsze - nieodłączny sygnał zbliżania się wiosny, a zarazem i intensywnej pracy. Skinęłam głowa po czym wzrok mój ponownie powrócił na trzymany zwój.

    - Pismo urzędowe? - Mikeus nie dawał za wygraną.

    - Nie. Tylko list od kuzyna Galiatusa.

    - Tego co próbował sprzedać wieniec laurowy twierdząc, że na głowie nosił go Julius Cezar? - w głosie Mikeusa dało się wyczuć rozbawienie.

    - Tego samego, ale to stare dzieje - odpowiedziałam uśmiechając się.

    - Co u niego słychać?

    - Przegrał w kości majątek stryja.

    - Całe 600 jugerów gaju oliwnego? Cały Galiatus.

    - Ano. Rodzina wygnała go z domu. Zaciągnął się do legionów. Trafił na fajnego Trybuna jego kohorty, Legatus Legionis także jest, jak napisał, "spoko". Mieli kilka udanych wypraw bogatych w łupy, więc odbił się nieco. Trybun mianował go centurionem i powierza sporo odpowiedzialnych misji. Zapoznał się z Greczynką, córką ateńskiego ekonoma, człowieka bogatego. Pisze, że u skraju wiosny biorą ślub w Atenach i zaprasza mnie na niego.

    - Trzeba przyznać, że bogowie muszą go lubić, skoro zawsze się wykręci. Niczym kot spadający na 4 łapy.

    - Ano, tego mu nie brakuje. - przytaknęłam.

    - Pojedziesz?

    - Raczej tak. Jeśli mnie, nie będzie gotów nas tu odwiedzić, a to nie koniecznie mogłoby być coś korzystnego dla miasta.

    - Masz rację - roześmiał się Mikeus. - Idę do domu i dopilnuję, by odpowiednio przyrządzono rybkę na posiłek więc nie siedź już za długo.

    Uśmiechnęłam się w odpowiedzi, a Mikeus wyszedł. Propozycja posiłku była kusząca, toteż solennie sobie obiecałam, że tym razem za długo pracować nie będę.


    Południe już minęło, gdy Darius wszedł przynosząc mi amforę wina i poinformował, że przybył posłaniec od kwestorki prowincji. Poleciłam, aby posłaniec wszedł do środka. Zaraz po wejściu wręczył mi list i natychmiast ruszył dalej w swoja drogę. Z niecierpliwością złamałam pieczęć i zaczęłam głośno czytać list:

    Droga Agnes!

    Zgodnie z naszą rozmową poprzednią, mianuję Cię sekretarzem naszej prowincji. Twoim pierwszym zadaniem, będzie dokończenie Spisu ludności, który zapoczątkowałam. Na razie to wszystko, ale niewykluczone, że wkrótce posłaniec znowu Cię nie odwiedzi z dalszymi poleceniami ode mnie. Życzę miłej pracy.

    Podpisano,

    Claudia Venedia

    Kwestor HT

    Wypadało zatem wziąć się do pracy, a tej było nie mało.

  • Dni mijały bardzo szybko. Przyjmując nominację nawet nie spodziewałam się ile może nieść za sobą pracy. W międzyczasie doszła jeszcze zabiegana o wiele lat nominacja na kapłankę Apollona - w końcu bogowie przychylili się do mej prośby i modłów. Tym samym dzień podzielony był na obowiązki w magistracie względem miasta i prowincji, obowiązki kapłanki Apollona oraz pozostały czas dla domostwa, a tego ostatniego za wiele już nie zostawało. Do tego jeszcze ten wyjazd do Aten. całe szczęście ze płynąć ze mną miał Petrus Aurelius, prefekt La Palmy. Z niecierpliwością też czekałam posłańca z portu, który miał mnie niezwłocznie powiadomić o przybyciu jego okrętu. Trochę martwiłam się, jak to będzie, gdy tak zostawię miasto. Pocieszałam się ze to tylko na kilka dni. Mikeus widział, że się martwię. Zaoferował pomoc w uporządkowaniu i posegregowaniu dokumentów w moim biurze. Oczywiście na to przystałam - teraz wiedziałam, że przynajmniej o to nie będę do tyłu.


    W pewnej chwili zadudniły kopyta i po chwili wszedł posłaniec meldując ze wyczekiwany okręt właśnie wpływa do portu.

    - Idź już. Niech prefekt La Palmy nie czeka za długo na ciebie. Ja się tym zajmę - powiedział Mikeus uśmiechając się i wyjął mi z ręki kilka zwojów.


    Opuściłam biuro prefekta już uspokojona i szybko udałam się w stronę portu.


    Stałam w porcie i przyglądałam się jak duma prefekta Petrusa Aureliusa ostrożnie wpływała do niego. Nie przypuszczałam, że ten okręt może być taki piękny, co prawda Petrus już dawno mi go opisywał, ale co innego zobaczyć na własne oczy.... Pierwsze co rzucało się w oczy, to znak ognia na żaglu. Ogień był symbolem sieci tawern w La Palma, której to właścicielem był sam Petrus. Już nie mogłam się doczekać, kiedy wejdę na pokład. W pewnej chwili zaczęło w oddali mignęła mi sylwetka prefekta. Zamachałam w jego stronę i powoli ruszyłam na spotkanie.

    - Petrusie! - powiedziałam, a właściwie wykrzyczałam niemalże, gdyż gwar w porcie był co nie miara, ujrzawszy schodzącego z pokładu Petrusa wraz z chłopcem okrętowym - Jakże się cieszę, że cię widzę. Dziękuję ci, że zechciałeś po mnie przypłynąć. Mam nadzieję, że bogowie będą nam sprzyjać i szybko dotrzemy bez przygód poważniejszych do celu.

    - Też mam taką nadzieję. Przed wypłynięciem złożyłem ofiarę Neptunowi, przyjął ją, więc nie powinno być problemów. Potrzebujesz jeszcze chwili, czy możemy ruszać?

    - Ruszajmy jak najszybciej - zadecydowałam.


    Prefekt La Palmy skinął głową po czym wydał polecenia towarzyszącemu mu chłopcu. Już miałam z Petrusem wchodzić na pokład, gdy zobaczyłam zamieszanie w porcie. Oto z tłumu wyłonił się na koniu posłaniec. Jak się za chwilę dowiedziałam, wysłała go Claudia Venedia. Okazało się, że nasza pani kwestor wzywała mnie w ważnej sprawie do Tarraco, skąd miałyśmy razem jechać do Toletum.


    - Przykro mi Petrusie, ale musimy odłożyć ten wyjazd. Claudia wzywa mnie do siebie w związku z przygotowaniem pogrzebu naszego drogiego Markusa. Zamiast wycieczki do Aten możemy popłynąć do Tarraco, Venedia z pewnością nie będzie miała tego za złe. Tylko chciałabym zabrać wierzchowca mojego i Mikeusa, mogę? - zapytałam Petrusa.

    - Oczywiście droga Agnes, czuj się jak u siebie w domu. Zawołam tylko Lucasa, by zorganizował nieco paszy dla konia. Daj mi pół godziny. - odpowiedział na to Petrus wyraźnie zaskoczony moim pytaniem.

    - Dobrze, poślę zatem po nie. Musze jeszcze zawiadomić Mikeusa.

    - Chwileczkę... - Petrus odszedł chwilę energicznie wydając swoim ludziom polecenia. Po chwili dołączył do mnie. - Zaczekam na statku i przygotuje wszystko do odpłynięcia, czekam na ciebie, gdy słońce przekroczy tamta wieżę, wówczas odpływamy.

    - Niech tak będzie - powiedziałam i pospiesznie udałam się w stronę biura, by wydać odpowiednie polecenia.



    Nie minęło 15 minut, jak z Mikeusem, prowadząc za uzdy nasze szlachetne rumaki wchodziłam na pokład okrętu prefekta La Pamy. Lucas od razu wziął od nas konie mówiąc, że już o nie zadba i że nic im nie zabraknie. Chwile po tym Lucas zaprowadził nad do specjalnie dla nas przygotowanego pomieszczenia. Korzystając z okazji, że Petrusa nie było na pokładzie, postanowiłam się nieco zdrzemnąć. Nie wiem ile czasu mogło upłynąć, raczej nie za wiele. Obudził mnie Mike.

    - Nagle zbladłaś, co się stało? - zaniepokojony zapytał.

    - Miałam widzenie. We śnie ukazał mi się Apollon i pozwiedzał mi coś.

    - Pamiętasz co to było?

    - Oczywiście:

    "GDY WIERNY LUD RZYMSKI W UCISKU ZOSTAJE,

    WTEDY OBROŃCA Z POPIOŁÓW POWSTAJE.

    ZJAWI SIĘ Z MARSEM RAZEM W ZŁOTEJ ZBROI

    i ZNIEWOLONY NARÓD WNET WYZWOLI.

    STANIE DO WALKI Z ZASTĘPEM ORĘŻNYM

    I OCALEJE AUGUST NASZ POTĘŻNY"

    - Hm.. - zamyślił się Mikeus - Musi cię Apollon lubić, skoro w niedługim czasie po nominacji się tobie ukazuje.

    - Wygląda na to, że będę się musiała przyzwyczaić do tych wizji. Musze przyznać, że się zlękłam.

    - To dało się zauważyć - rzekł Mikeus uśmiechając się i dodał - Chodźmy na pokład, Petrus jest już na pokładzie i za chwile odpływamy.



    Właśnie mieliśmy wchodzić na pokład, gdy napotkaliśmy prefekta.

    - Coś się stało? - zapytałam.

    - Lucas przekazał mi, że coś Ci się stało Agnes... jakąś wizję miałaś?

    - Tak, Apollon mi się ukazał. Powiedział dziwne słowa

    - iiiii jakie?

    - ... że nieznane są wyroki boskie.

    - Mam ogromna nadzieję, że nie wpłynie to na naszą podróż do Tarraco? Moja załoga trzęsie portkami na sam dźwięk imienia jakiegoś boga...

    - Z pewności nie. Apollon nie skrzywdziłby swojej kapłanki

    - Czy możemy zatem już wyruszyć? Musimy szybko zdążyć do Tarraco, a potem do Toletum.

    - Tak, wyruszajmy. Właśnie szłam z Mikeusem, aby cię o to zapytać kiedy ruszamy. Venedia wyczekuje nas niecierpliwie w Tarraco



    Na pokład "okrętu powoli zaczynał wkraczać zmierzch. Czułam się odrobinę zmęczona, toteż z chęcią skorzystałam z jego rady odnośnie odpoczynku. Mikeus zszedł ze mną. Doszliśmy do naszego pomieszczenia. Mimo zmęczenia nie położyłam się jednak. Usiedliśmy na przygotowanych posłaniach wyściełanych dodatkowo poduszkami. Popatrzyłam na Mikeusa. Wiedziałam, że ma dla mnie jakieś informacje, ale nie chciał mnie zbytnio przemęczać.

    - Mikeusie, możesz mówić o co ci chodzi - wezwałam go zatem - Chodzi o nasze miasto?

    - Tak. Korzystając z wolnych chwil spacerowałem po Valentii.

    - Coś zauważyłeś?

    - Tak. Ludzie co prawa wydają się szczęśliwi, ale...

    - Ale? Valentia nie ma dużo mieszkańców. Myślę, że trzeba zacząć będzie dbać też o edukację dzieci, młodzieży. Jak tylko wrócimy do domu, będę musiała się tym zając. No i trzeba będzie w końcu zacząć budować naszą salinę.

    - Szkoła, to dobry pomysł. Ledwo się tu przyprowadziliśmy, a tu masz tyle do roboty.

    - Ano tak bywa - uśmiechnęłam się do niego - Mam nadzieje, że to już za niedługo się skończy i będę miała więcej czasu.

    - Nie chcesz chyba powiedzieć, że wrócą nasze codzienne konne wycieczki.

    - A dlaczego miałyby nie wrócić?

    - No prefektura, kapłaństwo Apollona... do tego jeszcze sekretarz HT... Na to wszystko potrzeba wszak czasu, a dzień nie ciągnie się w nieskończoność.

    - Wiesz, myślę, że to tylko na początku będzie tyle zabierało. Jak uporządkuję to wszystko, to będzie więcej czasu. Jeśli chodzi zaś o kapłaństwo, to... rzeczywiście muszę wybrać miejsce, gdzie wybuduje świątynię.

    - Tak i pewnie będzie wielka i wspaniała, godna Apollona. - powiedział ze śmiechem Mikeus

    - Dokładnie - odpowiedziałam i razem zaczęliśmy się śmiać. Bynajmniej nie z samej świątyni, bo ta rzeczywiście miała być taka, tylko, że po raz kolejny okazało się jak zgodne są nasze myśli.


    Śmiech przerwało nam pukanie do drzwi. Jak się okazało, Petrus wysłał Lucasa po nas na kolacje. Chłopak zaprowadził nas do jadalni, gdzie kapitan okrętu już nas oczekiwał. Muszę przyznać, że prefekt La Palmy się postarał - kolacja była wyśmienita. Kiedy już skończyliśmy się pożywiać, postanowiliśmy pozostać jeszcze przez jakiś czas na pokładzie, aby podziwiać gwiazdy, a następnie, po dłuższej chwili udaliśmy się do pokoju. Mikeus, zajrzał jeszcze do koni czy nic im nie potrzeba, a ja zapisałam na tabliczce, co mam zrobić, kiedy wrócimy do Valentii.



    Kiedy się obudziłam, Mikeusa już nie było w pokoju. Przeciągnęłam się. Oj jak bardzo nie chciało mi się wstawać. Tak bym chciała poleżeć jeszcze troszkę. Niestety, nie ma tak dobrze. Odgłosy dobiegające z pokładu wskazywały na to, że słońce już dawno wstało. Chwilę później byłam już w drodze na pokład. Tak, był piękny dzień, jak na tę porę roku. Na szczęście nie padało i było w miarę ciepło. Mikeus stał oparty o burtę i patrzył na zbliżający się ląd.

    - Ranny ptaszek z ciebie – powiedziałam w ramach powitania.

    - Ano – odrzekł i uśmiechnął się. Po chwili dodał – Nie chciałem cię budzić, wybacz.

    - Nie ma sprawy. Czyżbyśmy już zbliżali się do Tarraco?

    - Tak. To Tarraco. Za niespełna 2 klepsydry powinniśmy już być w porcie.

    - Ciekawa jestem, czy Claudia Venedia nas wyczekuje

    - Podejrzewam, że tak. Zresztą już niedługo się o tym przekonamy.

    Dalszą rozmowę przerwał nam Lucas , którego wysłał Petrus, abyśmy przyszli na późne dość śniadanie, które nie odbiegało poziomem od wczorajszej kolacji. Wrócilismy na pokład, na którym trwały przygotowania do wpłynięcia okrętu do portu. Już gołym okiem dało się rozróżnić poszczególne budynki... wreszcie ludzi. Co prawda ludzie z tej odległości przypominali raczej mrówki, ale z każdą chwila stawali się coraz to więksi. Wreszcie dobiliśmy do brzegu. Podczas gdy schodziliśmy z okrętu, Lucas przyprowadził nasze konie. Mikeus natychmiast wziął uzdy od niego i poszliśmy w głąb portu. Było gwarno. Mimo usilnych starań nie mogłam dostrzec Claudii. Udaliśmy się zatem do biura prefekta, gdzie powiedziano nam, że pani kwestor nas bardzo wyczekiwała, ale musiała na kilka godzin opuścić Tarraco w pilnej sprawie i prosiła abyśmy na nią zaczekali. Z takimi to informacjami stanęliśmy przed dylematem co robić dalej. Do wieczora zostało jeszcze dużo czasu.